Dodatkowe informacje

  • Item Shortcode

    WODA Paweł Młodkowski - album już dostępny

Album dostępny do kupienia na stronie http://woda.locolot.pl/

...To autorska, fotograficzna opowieść latającego człowieka o wodzie i  zachwycie nad pięknem naszej planety. Zaczyna się nad morzem, kończy… zimą. WODA z mojego świata nie udziela odpowiedzi. Chciałbym aby skłoniła Państwa do refleksji, zatrzymała na moment i dała odrobinę radości.
(Paweł Młodkowski)

Dodatkowe informacje

  • Item Shortcode

    Nowa płyta The Orchid - Maciej Gołyźniak (Polish Jazz, vol. 85)

Maciej Gołyźniak o płycie The Orchid (Polish Jazz, vol. 85, Polskie Nagrania / Warner Music Polska, 2020)

Jak rozmawiać bez słów? Gdy pierwszy raz usłyszałam otwierający płytę singiel The Restless Rains, rzuciłam w eter: dwie warstwy. Dwa ogniwa, rytmiczne i melodyczne, które rozmawiając, wymijają się, tworzą właściwą tym deszczom niespokojnym polifonię żywiołów. Cała płyta ma wymiar dialogowy, ciągle ktoś do kogoś mówi, zaczepia. Czy można tą pewną dwugłosowość kojarzyć z dualizmem, jaki naznacza myśl tego albumu?

Te słowa są mi bardzo bliskie, ponieważ album The Orchid zdecydowanie odbywa się na dwóch płaszczyznach. Z jednej strony jest to muzyka jako emocja. Właściwie tylko taki wymiar muzyki mnie interesuje. Nie rozumiem lub po prostu nie potrafię pisać muzyki pod dyktando. Po prawdzie to, czy coś zostaje przebojem, czy też nie, ustalają słuchacze, więc gdy ktoś narzuca sobie pisanie przebojów, to śmieję się w duchu. Z drugiej strony mam wielką potrzebę wypowiadania się bez słów. Emocje w wypowiedzi muzycznej stawiam ponad wszelką technikę i technologię. Oczywiście znajomość zasad muzyki i możliwości instrumentu jest kluczowa, natomiast odważę się postawić tezę, że wolałbym słuchać przeciętnego instrumentalisty, który ma coś do powiedzenia niż znakomitego muzyka, który nie ma słuchaczowi do przekazania żadnej treści. Stąd jest mi bliskie to “mówienie bez słów”. Przekaz energetyczny tej płyty w warstwie emocjonalnej jest bardzo mocny, może dlatego, że po prostu jest szczery. Bardzo lubię prowadzić dialog na instrumentach co znajduje ujście na płycie. Szczególnie bliska jest mi także figura ostinato, która ma w sobie taką mantryczną energię i dzięki temu tworzy tło do tych naszych instrumentalnych rozmów. Dualizm - bez dwóch zdań.

Wyjątkowo i osobliwie zaczynam rozmowę z człowiekiem muzyki od innej przestrzeni twórczej. Nieprzypadkowo spotykamy się w warszawskich Korektach, czyli kawiarni w samym sercu księgarni. Zanim o wydawnictwie Polish Jazz, perkusyjnych perypetiach i storczykach na parapecie, to najpierw Bukowski i McCarthy...

The Orchid to właściwie dosyć krótki wycinek mojej historii, a na tę kwestię warto spojrzeć nieco szerzej. Wkradną się tu może małe czary, ale czasami sobie myślę, że jestem starą duszą. Świat lat 20. i 30. zeszłego wieku w Stanach Zjednoczonych zawsze mnie fascynował, a wspomnieni autorzy pochylają się nad tym czasem. Chyba mogę powiedzieć, że jestem nostalgicznym typem, co prowadzi mnie często do mało pochlebnych wniosków o świecie, dlatego też postrzegam rzeczywistość przez mocno przymrużone oczy, by ją udźwignąć. Stąd może moja fascynacja dystopijnym obrazem świata u McCarthiego i Bukowskiego, których twórczości nie można raczej nazwać prozą nadziei. To literackie odzieranie świata z blichtru, który mnie przytłacza, znajduje ujście w moim podejściu do muzyki.

Whitehead miał chyba jeszcze większą moc sprawczą...

Elwood Curtis, Brooklyn Ave 1567 to było moje pierwsze skojarzenie. Znalazłem się wtedy w dosyć specyficznym momencie, ponieważ z braku czasu i warunków podyktowanych przez pandemię, miksowaliśmy drugą część płyty zdalnie, na “słowo honoru i telefon”. Kiedy Robert Szydło skończył poprawki do tego utworu i mi go przysłał to akurat odkładałem na półkę Miedziaki. Lubię określenie “znaki z nieba”. Nagle coś się z czymś spina i ma się wrażenie, że to jest właśnie to i gdy włączyłem finalnie zmasterowany miks, to poczułem się tak samo jak kilka lat temu, wychodząc z hotelu na jedną z ulic Brooklynu. Do tego automatycznie wplątał się wręcz autobiograficzny wątek z powieści Whiteheada, który jest w wielu miejscach zbieżny z moją historią. Z historią chłopaka, który całe życie siedział i myślał: też tak chcę! A skoro tu rozmawiamy w kontekście mojej płyty, która wyszła w serii Polish Jazz, to chyba się udało, więc nie mogłem inaczej potraktować tego utworu, jak tytułując go imieniem tego bohatera.

Od chłodnej Skandynawii do nowojorskiego myślenia brzmieniem - od pewnej płycizny mainstreamu przez ostre i zachowawcze rytmy rocka, aż po głębię jazzu przyprawioną elementami przeszłości - to, ujmując kolokwialnie, istny kosmos. Albo taki parapet, na którym stawia się różne wazony, pudełka, pamiątki, aż w końcu tego storczyka. Co ukształtowało brzmienie The Orchid?

Wypadkowa tych wszystkich rzeczy. Ja się właściwie cały składam z takich pewnych niezgód na to, co się działo do tej pory w moim życiu. Jestem niepoprawnym optymistą i do tego skandalicznym idealistą. Często spotykałem się z intencjami, które w moim mniemaniu całkowicie wykluczają sztukę. I w tym moim poczuciu tego, że nie przyszedłem do muzyki z pobudek materialnych, to właśnie mój sposób na życie. To, dokąd w tej chwili zmierzam muzycznie jest świadectwem słów, które zawsze głoszę na warsztatach młodym ludziom. Żeby się rozwijać, trzeba podejmować trudne decyzje, trzeba poszukiwać, czuć ulgę, ale się nie zatrzymywać. Wiem, gdzie w muzyce są całkiem łatwe pieniądze, z których można by naprawdę godnie żyć, tylko mnie ta muzyka kompletnie nie interesuje. Robię swoje nie dla apanaży, a dla emocji, samospełnienia, dlatego, że chcę budzić się rano z poczuciem, że zrobiłem coś dobrego, bo poziom emocjonalny mojej płyty zbiegł się z poziomem emocjonalnym mojego odbiorcy, że ta płyta jest “jakaś”. The Orchid zaczyna się od brzmienia. Zawsze uważałem, że istotą rzeczy jest charakter muzyka, jego naturalny, indywidualny ton, czyli to, nad czym od lat pracuję i co mnie niezwykle niesie - jest brzmieniowym idiomem tego albumu. W muzyce sesyjnej jednak spotyka się po drodze kogoś, kto nas z tego odziera, podporządkowuje pod swój koncept. Dlatego płyty z kategorii muzyki rozrywkowej, a nawet jazzu, są pewną sumą takiego pocieniania patyka - żeby coś umieścić, trzeba coś pocienić. A ja chciałem, żeby moja płyta była brzmieniowo pękata, żeby nikt nic z niej nie zabierał. Żeby rozmowa była pełna, bez niedomówień. Stąd też tak mało improwizacji. Indywidualne doświadczenia członków zespołu, ale też energia studia - nie jako miejsca, ale piątego ogniwa w naszym składzie - ukształtowało to brzmienie.

Są też ciekawe instrumentalia - Łukasz Damrych przy pianie, lecz i syntach, Robert Szydło odtrącając tradycyjny kontrabas, skupił się na basach elektrycznych i akustycznej basówce o pseudonimie “raszpla”. Wydźwięk dopełnił przeważnie niespotykany  flugelhorn, który gościnnie poprowadził  Łukasz Korybalski. A na dokładkę “zapętlone perkusyjne ostinato” i zmysł sonorysty. Od początku pan tak to słyszał?

Najpierw było brzmienie. Ja sobie tę płytę już wcześniej wyobraziłem. Kiedy zabieram się za muzykę, myślę o tym, jak chciałbym, żeby to brzmiało i zastanawiam się jak chciałbym, żeby się skończyło. Nigdy nie pałałem wielką miłością do słuchania muzyki mocno skomplikowanej technicznie. To jest imponujące, że człowiek jest w stanie doprowadzić swoją umiejętność władania instrumentem do stanu, w którym inni przecierają oczy ze zdumienia i myślą: nigdy tak nie zagram. Ja nie mam w sobie tego typu przeszkód, bo obrałem drogę sonorysty. Mnie interesuje brzmienie. I chcę technikę gry zaprząc do uzyskiwania konkretnych brzmieniowych efektów. Kiedy właściwie wszystkie kompozycje były już zamknięte, zaczęliśmy sesje z Łukaszem Korybalskim. Od razu poprosiłem, żeby odłożyć trąbkę, która była zbyt intensywna dla tej muzyki. Natomiast flugelhorn, jeszcze ze specjalnym ustnikiem, dodał matu i sensualności. Chciałem, aby to konkretne brzmienie dookreśliło te kilka kompozycji, które w ten sposób usłyszałem w wyobraźni. Dlatego też uzurpowałem sobie prawo do tego, żeby finalny moment tego projektu, to była już tylko moja praca z muzykiem, a nie praca całego trio. Mimo tego, bardzo pomógł mi w tym Robert Szydło, który od samego początku zrozumiał jak chcę, żeby brzmiał flugelhorn i kiedy dostałem zmiksowane sesje, to już nie dotykałem tego palcem. Miałem pomysł, żeby instrumenty były wobec siebie bardzo przestrzenne, a momentami bliższe, żeby opowiadały historię swoim brzmieniem, któremu zawsze podporządkowuje technikę.

Stara się pan, żeby technika służyła muzyce, nie odwrotnie. Wobec tego w jaki sposób dobiera pan bębny do nagrań?

Po prostu je słyszę, a ponieważ dużo spędzam czasu za nimi i wiem czym dysponuję, to jak sięgam po instrument, przeważnie taki zostaje. We wrześniu, jak już pojawiały się zalążki kompozycji na The Orchid, byłem jeszcze w trasie z zespołem Lion Sheperd. Kończyliśmy wówczas trasę, graliśmy kilkanaście koncertów dzień po dniu i byliśmy już naprawdę wykończeni. Kiedy wracaliśmy, w całym tym stanie sporego zmęczenia trasą koncertową, kupiłem na iBuy’u instrument i zdałem sobie z tego sprawę dopiero jak kliknąłem kup teraz. Powiedziałem do Kamila: kupiłem bębny. Bardzo stare, mojej ulubionej firmy Sonnor. Następnego dnia skontaktował się ze mną sprzedawca czy bym się nie chciał wycofać, bo on się rozmyślił, ale było za późno, bo choć jeszcze tych bębnów nie słyszałem, to już je kochałem. Tak jak przyjechały i je złożyłem, tak nagrałem na nich Colors of Autumn w pierwszym podejściu. To są naczynia połączone, więc jak się słyszy swój instrument w kontekście wyobrażanej muzyki, to to się wszystko pisze samo.

W porównaniu z perkusyjnymi legendami z serii Polish Jazz - Bartkowskim i Jonkiszem, którzy postawili na dosyć bezpośrednie eksponowanie swojego instrumentu, twierdzi pan, że na tej płycie gra pan chyba najmniej ze wszystkich płyt, w których realizacji brał pan udział. Ustępuje pan miejsca swoim interlokutorom - nie chce pan solo. Dlaczego?

Mimo bycia liderem tego składu, mimo że ja go zawiązałem, chciałem więcej miejsca zostawić moim kolegom, dlatego, że będąc 20 lat muzykiem sesyjnym, ciągle słyszałem jak mam coś robić i niewiele osób rozumiało, że skoro robię to już ponad dwie dekady, to może mam o tym jakieś pojęcie i warto byłoby mnie zapytać jak ja słyszę muzykę. To też pomyślałem, że najważniejszą rzeczą jest pozwolić muzykom współtworzącym ten projekt po prostu mówić na instrumentach swoim głosem. To są znakomici instrumentaliści i zależało mi na ich energii, świeżości, chciałem, aby sami zrozumieli moje intencje. Oczywiście były momenty, w których przez takie podejście się nieco poróżniliśmy. To, że na The Orchid posługuję się takim językiem wynika z odwagi, jaka we mnie wówczas zakiełkowała. W momentach różnicy zdań, przejmowałem jednak inicjatywę, ponieważ trudne decyzje zawsze podejmuje się solo. Wtedy mówię: smutku nie będziemy grali w dur.

Lubię kiedy się frazy porównuje do zdań, dźwięki do słów, pauzy do oddechów i przełknięcia śliny, a utwory do rozmów, instrumentalnych dialogów. Na tej płycie słychać jak do siebie mówicie. I chyba to właśnie obecność i wsparcie innych, podobnie wrażliwych osób pozwala tej orchidei się rozwijać. Wspominam o tym w kontekście tytułowego utworu, który w zamyśle był monologiem. Jaką historię "od korzenia" ma to dzieło?

To wszystko się spina. Na początku była figura rytmiczna - zresztą cała ta płyta pod kątem kompozycyjnym zaczęła się od rytmu, czyli zupełnie nie tak, jak powinna. Choć na melodię było dużo miejsca, to ona pojawiła się w kontekście rytmu. Tytułowy utwór ma dość zawiłą historię, chyba przede wszystkim ze względu na to, że jest najbardziej osobistym. W jego przypadku niespodziewanie znalazłem oparcie w riffie, który pozwolił mi się otworzyć na bardziej solową partię i dlatego spróbowałem zwieńczyć ten utwór w pojedynkę. Kiedy jednak podłączyli się do tego koledzy, to stwierdziłem, że znowu ta rozmowa między nami jest za dobra, żeby ją poświęcić popisowi sztuki perkusyjnej, zresztą ten samotny rodzaj grania nigdy mnie nie kręcił. Gdy usłyszałem jak Łukasz Damrych porusza się na pianie w pierwszym obrocie mojego sola, pomyślałem: pogadajmy - zróbmy to razem. Zawsze dążę do tego, żeby podporządkować technikalia muzyce i emocji, więc jeżeli ktoś ją poczuł, kiedy ja grałem na instrumencie, to chcę, żeby się ze mną wymienił. Dlatego mimo solowego zamysłu, rozwinęliśmy nasz dialog, z czego jestem bardzo dumny. Tytuł pozostał niezmienny, od początku też wiedziałem, że to będzie istotny moment tej płyty. Nostalgiczny tak, jak sobie to wymarzyłem. Na winylu zamyka pierwszą stronę i chwila zanim się ten winyl przełoży jest odpowiednia dla zawieszenia się w energii The Orchid. A że solo schodzi do piana, to wypowiedź jest kompletna, zamknięta. Jest to mój hołd względem tytułowej orchidei, czyli tych dzieci, młodych ludzi, którzy nie mieli tego szczęścia, żeby ktoś się im przyjrzał i zobaczył, że mają w sobie ukryte talenty, a z kolei ich wrażliwość nie pozwoliła przedzierać się z nimi przez świat. O tym pisałem i o tym gramy. Zanim pojawiły się pierwsze harmoniczne sytuacje, dźwięki i melodie, opowiedziałem dokładnie całą historię moim kolegom. Musiałem to zrobić, bo nie każdy chce przecież wchodzić w taką energię. Dla mnie oznaczało to wyrzucenie z siebie iluś lat i mojej pracy i wewnętrznych rozterek.

Myślę, że losy tego utworu odzwierciedlają sytuację w jakiej się pan znalazł. Solowa próba potraktowania The Orchid mogła oznaczać próbę indywidualnego zmierzenia się z przeszłością, natomiast podjęcie dialogu z innymi, opowiedzenie im swojej historii i wysłuchanie ich głosu prowadzi do wniosku, że i w muzyce i w życiu nie został pan sam.

Rzeczywiście tak było. Odwaga, do tworzenia własnej muzyki, o której wspominałem, sprawiła, że spotkałem na swojej drodze tych ludzi, których trzeba. Mówię tu przede wszystkim o moim wydawcy, który rozumie tę muzykę wyjątkowo dobrze. Pamiętam pierwszą rozmowę z dyrektor Polskich Nagrań, Alicją Szymańską, która zadzwoniła do mnie z wiadomością: dostaliśmy pańską płytę, ona nam się bardzo podoba i chyba chcielibyśmy wydać ją w Polish Jazzie. Zwariowałem ze szczęścia, ale miałem też świadomość faktu, że to będzie rzecz dość dyskusyjna dla moich kolegów, dla środowiska, bo do niego nie przystaję, nie należę, nie można mnie spotkać w SPATiFie, jestem raczej domatorem i ta moja nieprzysiadalność powoduje, że znam mało ludzi i niewielu zna mnie. Scena jest miejscem na moje alter ego, tam wychodzę jako muzyk, a nie jestem osobą publiczną, która nie może wyjść w piątek do miasta, bo zostanie rozpoznana. Cieszę się z tego ryzyka, bo ono pozwoliło mi poznać odpowiednich ludzi i patrzę na to jak na nagrodę za uczciwość przy tej płycie, za to, że naprawdę chciałem ją napisać i wykorzystać wszelkie możliwości jakie daje mi to, co wiem, studio oraz umiejętności. Mam wrażenie, że dostałem za to nagrodę w postaci zrozumienia wydawcy, jego zaufania. W związku z tą płytą cały czas odbieram dobrą energię i myślę, że w tym kontekście to było najlepsze ryzyko, jakie mogłem podjąć. Nie wiem co będzie dalej, ale jeśli jutro miałby skończyć się świat, to jestem szczęśliwy z tego, czego udało nam się dokonać. Nam - bo to zasługa moich kolegów muzyków oraz pani Alicji, która doskonale odczytała intencje tej płyty i wiem, że jest po mojej stronie, a to dla mnie niezwykle istotne.

Jest pan wykładowcą na Akademii Menedżerów Muzycznych, pana media społecznościowe często zamieniają się w swoiste forum myśli perkusyjnej, poświęca się pan ludziom, dla których perkusja stała się przepisem na życie, a przecież swoją przygodę z zestawem zaczynał pan ukradkiem. Czy ta pomoc w odnajdywaniu siebie w relacji z instrumentem wynika z braku zrozumienia dla pana fascynacji przez rodzinę?

To prawda, że w okresie dorastania nie było jeszcze chemii między moją pasją, a wizją mojej mamy co do  mojej przyszłości, ale nie mam o to pretensji, bo zdaję sobie sprawę, że każdy rodzic chce jak najlepiej dla swojego dziecka. Z perspektywy tamtych czasów - lat 80. i 90. trudno było powiedzieć, że gra na instrumencie to jest jakakolwiek przyszłość, dlatego rozumiem ten strach i obawy. Oczywiście to stanowiło pewną przeszkodę, ale możliwe, że to, co dzisiaj robię, jest wynikiem tego, że w młodości byłem butny i mało pokorny względem tego, czego oczekuje ode mnie świat i może to dziwnie zabrzmi, ale świetnie sobie radzę, kiedy muszę robić wbrew. Im bardziej stresogenna jest sytuacja, tym lepiej się w niej odnajduję, a pomogła mi w tym scena i instrument. Trzeba być cierpliwym, jeśli chce się coś robić dobrze. Dzięki nie tylko przeciwnościom losu, lecz także wielu osobom, starszym muzykom, którzy mnie wyciągali na scenę, doszedłem w to miejsce i teraz mam wrażenie, że jestem winien światu zwrot z tej energii. I choć to może bawić innych muzyków, ja się na zawiść nie obrażam. Czasami sobie myślę, że to jest ogromny prezent.

Kiedy pojawił się jazz?

To taki komediodramat. W moim rodzinnym Toruniu była instytucja, która nazywała się Dom Muz. Tam Andrzej Bruner Gulczyński, wówczas kontrabasista Nocnej Zmiany Bluesa prowadził różnego rodzaju zajęcia, organizował koncerty. Zawsze jak widział naszą kilkunastoosobową grupę, to miał ponurą minę, bo to były takie czasy, że żeby zagrać koncert, to samych perkusistów musiało być trzech czy czterech, by udało się poskładać jeden zestaw perkusyjny. Jeden miał jakąś blachę, inny werbel. I pamiętam jak jednego dnia do tego Domu Muz przyjechał Kazimierz Jonkisz, wybitny perkusista, również wydający w serii Polish Jazz. Z jakiegoś powodu chyba nie dojechał zespół, bo pamiętam, że szedłem na koncert trio, a był on sam. Pewnie z powodu jakichś problemów logistycznych nie dojechali pozostali muzycy, ale też instrumenty. I był tylko ten nasz klubowy zestaw, strasznie zły. A pan Kazimierz usiadł za tym zestawem i zagrał na nim recital solo. Zwariowałem. To nie było granie solo w rozumieniu popisu, tylko po prostu granie muzyki solo. I to był mój pierwszy kontakt z jazzem. Później udzielałem się już w różnych zespołach trouńskich i miałem dostęp do słynnego w Polsce klubu Od Nowa prowadzonego przez Maurycego Męczykalskiego, gdzie jako członek klubu mogłem wchodzić na wszystkie koncerty. Chodziłem tam regularnie i gdybym miał odtworzyć obraz jednego koncertu, to byłby występ kwintetu Zbigniewa Namysłowskiego z Czarkiem Konradem na bębnach. Siedziałem od niego na odległość wyciągniętej ręki i wyszedłem stamtąd jako inny człowiek. Ja bardzo wierzę w obieg energii w przyrodzie, więc musiałem sporo o tym myśleć, bo chwilę później dostałem propozycję od gitarzysty Mateusza Kurka. On podrzucił mi płytę Metheny’ego ze Scofieldem I Can See Your House From Here, w której się zakochałem. Kompletnie nie umiałem tego grać, ale właśnie dlatego, że nie potrafiłem, chciałem to robić. Zacząłem ćwiczyć i Mateusz zaproponował mi grę w zespole. Pewnego razu zagraliśmy koncert we wspomnianym Domu Muz. Na ten komcert przyszedł mój najlepszy przyjaciel i wyśmiał nas jak dzieci. Zrobił mi tym ogromną przykrość. Myśmy w tej całej naszej nieumiejętności mizdrzyli się do siebie, dziękując sobie po każdym utworze, a dla kogoś, kto całe życie interesował się punk rockiem, byliśmy jakimiś dzierlatkami na wydaniu, które nie potrafią się zachować i gadają na scenie. Kompletnie się wtedy zaciąłem i na dłuższy czas zapomniałem. Jednak z biegiem lat wypracowałem w sobie odporność na krytykę słowną. Dziś umiałbym sobie z tym poradzić.

Storczyk zaczął rozkwitać i dzielić swoją życiową energią z innymi ludźmi perkusji. Skąd się wzięło #trzebaćwiczyć?

Ten hasztag jest oczywistością i pojawił się już dawno, nie ja go wymyśliłem, ale w pewnym sensie zrobiłem z niego znak towarowy i konsekwentnie realizowałem ten zamysł przez rok czy dwa do tego stopnia, że udzieliłem wywiadu dla magazynu Perkusista, który był zatytułowany #trzebaćwiczyć. Zdziwiłem się, że to może być osnowa naszej rozmowy, że to ma takie uderzenie. Założyłem fanpage, żeby w pewien sposób podporządkować swoje nazwisko i przez to wciągnąć młodych ludzi, którzy przychodzili na warsztaty w taką ideę myślenia o swojej karierze poważnie - myślenia, że warto zacząć ją prowadzić świadomie. Ale jak to bywa, często w tej przestrzeni pojawiają się prześmiewcy i trolle. A co najzabawniejsze, to znowu byli koledzy, więc im bardziej oni się nabijali, tym bardziej ja pisałem #trzebaćwiczyć. Pomyślałem: załatwię was waszą bronią. Wierzę w to, że trzeba się rozwijać na instrumencie. Spotkałem za dużo znakomitych muzyków, którym zazdrościłem tego jak świetnie i swobodnie poruszają się na instrumencie, a z drugiej strony całą masę amatorów, którzy pod płaszczykiem nie wiadomo czego, udają muzyków, a tak naprawdę zupełnie nie istnieją bez osób trzecich. Ani na scenie, ani w studio. Pomyślałem, że jeżeli na tak trudnym instrumencie jakim jest zestaw perkusyjny, ktoś chce budować swoje życie i opierać swoją karierę, to po prostu musi się wziąć do roboty. I to szybko. Widać to doskonale na warsztatach.

Skoro o warsztatach i energii, to od bębnów przeniesiemy się do garów. Z gotowaniem w końcu jest jak z graniem - czy z takiego właśnie założenia powstał projekt “Pieprz i sól”?

Tytuł warsztatów był pokłosiem mojej rozmowy z wydawcą tego cyklu, który został zrobiony dla Perkusisty. Bardzo długo nie chciałem się na to zgodzić, bo uważam, że w dobie internetu materiałów mamy pod dostatkiem. Zarówno dobrych jak i złych. Profil magazynu jest skierowany raczej w perkusistów-amatorów, dlatego trzeba było się skupić na kwestiach elementarnych, co też nie do końca mi odpowiadało, więc postanowiłem zrobić taki twist. Tę samą zupę pomidorową dopieprzyliśmy i dosoliliśmy moim myśleniem. A w kuchni po prostu odpoczywam. Gotowanie to jest proces, któremu jak się nie poświęci całej energii, to bardzo łatwo jest coś sknocić, a że moja głowa jest cały czas w muzyce, to potrzebuję od niej czasem odpocząć. Tu w kontekście literatury, łapię się czasem na tym, że czytam trzy strony i wszystko, co mogę powiedzieć o tym, co przed chwilą przeczytałem, to jest muzyka, o której w danym momencie myślałem. Muszę tę “chorobę” jakoś powstrzymywać, więc wymyśliłem sobie gotowanie, na którym jeśli się w pełni nie skupię, to albo coś spalę, albo przesolę, a tak, to jest jak chcę.

Moc skojarzeń sprawia, że w Never Lean On Everything You Know słyszę nieco mieszanie, sypanie przypraw, smażenie czegoś na rozgrzanym oleju, kuchenne eksperymentowanie. A z drugiej strony mam w głowie eksperymenty muzyczne Roberta Glaspera, który w pewien sposób odcisnął piętno na tym utworze.

Glaspera bardzo szanuję za otwartość. W takim tyglu jakim jest Nowy Jork, czy w ogóle Stany Zjednoczone, dzieje się mnóstwo inspirujących rzeczy. A ja trafiłem na nie przez pryzmat Glaspera właśnie. Ten utwór jest mocno inspirowany jego myśleniem, produkowaniem muzyki jazzowej. My znamy muzykę jako zaimprowizowaną, zamkniętą formę, gdzie kilku muzyków siedzi ze sobą w studiu i gra, realizując jakieś założenia wynikające z kompozycji czy umownych sytuacji i najczęściej jest to zapis takiej sesji. A to, co robi Glasper, to też zamknięte utwory wyprodukowane w studio, niemniej świetnie brzmiące, z takim twistem brzmieniowym, studyjnym i produkcyjnym, który jest mi bardzo bliski. Stąd też musiałem skorzystać ze środków, które są poważną wartością w mojej karierze. Właśnie Never Lean On Everything You Know jest najbardziej wyprodukowanym brzmieniowo utworem na płycie i od początku w ten sposób o nim myślałem. Namawiałem Roberta na miksie, żeby kręcił w prawo ile się da i zobaczył, co z tego wyniknie. Podrzuciłem Glaspera, jako taki hint, żeby łatwiej było złapać istotę rzeczy.

Skąd zamiłowanie do czarno-białej fotografii, winyli i klasycznej formy?

Wiele lat do tego dochodziłem. W sumie mogłyby nie istnieć inne kolory dla mnie. Biały to jest po prostu jaśniejszy czarny dla mnie i bardzo mi to pasowało też w kontekście płyty, bo chciałem prostymi środkami opowiadać tę historię. Nie chciałem, żeby to były kolorowe sesje, stroszenie piórek i przebieranie się. Było to dla mnie naturalne, a dla Wiktora Franko, autora zdjęć dosyć interesujące, taka czarno-biała, studyjna, symboliczna sesja.

I biały winyl.

To była rzecz, którą zaproponowałem na samym końcu. Mając do wyboru każdy kolor, pomyślałem sobie, że biały to będzie wizualna klamra idealnie spinająca tę płytę.

Od czerni, tajemnicy i przeszłości Orchidea przebija się do bieli, do światła, uwalnia się. Zamknięta klasyczna forma i wspomniane ostinato to bardziej ogranicznik, coś, co jak pan mówi, dyscyplinuje brzmienie, nie pozwalając mu uciec w niekontrolowane free. Z kolei Shore To Shore temu zaprzecza. Namiastka wolności w ostatnim zdaniu to wyzwolenie z przeszłych niepokojów i zapowiedź nowych dźwięków?

Przyszło mi do głowy na sam koniec, żeby jedną rzecz na tej płycie zrobić inaczej. Zapytałem wtedy Łukasza, czy nie zechciałby takiej otwartej formy rozpocząć tym razem od piana, żeby skonstruować utwór w zupełnie inny sposób. Bardzo podoba mi się w nim to, że kreska taktowa została potraktowana dość umownie i że na tej płycie pełnej rytmu, takiego stricte rytmu nie ma. Jest tylko nastrój. Pozwoliłem sobie nazwać go w ten sposób, bo moim pierwszym brzmieniowo skojarzeniem była przeprawa przez morze. Pamiętam, że jak zaczęliśmy pracę przy tym utworze, Robert długo nie mógł się w nim odnaleźć, nie czuł tego. Zostawiłem to na jakiś czas i gdy po chwili wróciliśmy do tej kompozycji, to się nam zamknęła tak jak trzeba. I to jest chyba strona, w którą teraz płynę.

Orchidea jako kwiat wprowadza pewną symbolikę. W regionie, z którego pochodzę orchidee/storczyki podarowuje się w geście szacunku i podziwu. W czyją stronę robi pan ukłon tą muzyczną orchideą?

Gdybym miał myśleć w takiej intencji, to względem tych, którzy przez tyle lat mnie wspierali i wierzyli mniej lub bardziej. Kiedy się jest młodym człowiekiem bez wiary i wsparcia osób trzecich, to nikną możliwości. W moim przypadku to byli koledzy z zespołów, ludzie, dzięki którym można było tę muzykę uprawiać. Miałem fantastycznego dyrektora w liceum, który potrafił przenieść radę pedagogiczną dwa piętra wyżej, tylko po to, żeby mogła się odbyć nasza próba. Pamiętam, że byłem totalną nogą z matmy, leniem po prostu i w trzeciej klasie liceum moja pani profesor zapytała mnie co ja bym chciał robić w życiu. I ja wtedy bez wahania odpowiedziałem, że chciałbym grać na perkusji. Pani profesor wtedy odrzekła: wiesz co, to ja ci postawię trzy i ty mi obiecaj, że będziesz to robił i będziesz to robił dobrze, ale na matematykę już nie przychodź. Może The Orchid jest w podzięce takim osobom. Często obcym, które dobrze mi życzyły i dzięki którym robiłem swoje z jeszcze większą odwagą.

Dodatkowe informacje

  • Item Shortcode

Z radością zawiadamiamy, że debiutancki album Wiktora Franko "VOL.1" jest dostępny w księgarni Bookarest w Poznaniu oraz Bücherbogen w Berlinie. 

Bookarest (STARY BROWAR - ATRIUM poziom 0, ul. Półwiejska 42, Poznań) bookarest.pl

Bücherbogen (Stadtbahnbogen 593, Berlin) buecherbogen.com

Dodatkowe informacje

  • Item Shortcode

    Fotoreportaż z koncertu RPWL/Lebowski 13.04.2019

Fotoreportaż z koncertu grupy Lebowski i RPWL, który odbył się 13.04. w Centrum Kultury w Suchym Lesie.

 

Dodatkowe informacje

  • Item Shortcode

    RPWL - Koncert 13.04

RPWL - Koncert 13.04.2019

poniedziałek, 18 marzec 2019 | Napisane przez |

Z dużą radością zapraszamy na współorganizowany przez DIFA koncert naszych wieloletnich przyjaciół:

W sobotę 13.04.2019 o godz. 19:00 w Centrum Kultury Gminy Suchy Las wystąpią

 

LEBOWSKI i RPWL

 

Jesteśmy przekonani, że ta ponad 3 godzinna dawka pięknej muzyki i pozytywnej energii na długo pozostanie w Waszej pamięci.

Do zobaczenia. 

 

Dodatkowe informacje

  • Item Shortcode

    Album Wiktora Franko

Album Wiktora Franko "VOL.1"

czwartek, 20 grudzień 2018 | Napisane przez |

Album Wiktora Franko "VOL.1" jest już dostępny w księgarni BOOKAREST - STARY BROWAR - ATRIUM poziom 0, ul. Półwiejska 42 w Poznaniu. http://www.bookarest.pl/

O kolejnych lokalizacjach będziemy Was informować.

 

 

 

Dodatkowe informacje

  • Item Shortcode

    Fotoreportaż z DIFA ARTPARTY

Fotoreportaż z DIFA ARTPARTY

czwartek, 20 grudzień 2018 | Napisane przez |

Fotoreportaż z DIFA ARTPARTY, na której odbył się wernisaż fotografii Wiktora Franko i premiera jego albumu "VOL1" (Aula Artis w Poznaniu, 17.11.2018.)

 

 

 

 

Dodatkowe informacje

  • Item Shortcode

    DIFA Party po raz drugi

DIFA Party po raz drugi!

wtorek, 02 październik 2018 | Napisane przez |

Już 17 listopada w wyjątkowych wnętrzach Auli Artis czeka nas wyjątkowy wieczór. Swoją premierową płytę zaprezentuje jeden z najciekawszych polskich zespołów prog-rockowych, Lebowski, a zdjęcia z debiutanckiego albumu pokaże utalentowany fotograf Wiktor Franko. Wydarzenie symbolicznie inauguruje działalność naszej fundacji na szerszą skalę.

Muzycznie

Galactica – tak zatytułowany jest trzeci krążek szczecińskiej formacji, który będziemy mogli usłyszeć na żywo. Po świetnie przyjętych wydawnictwach Cinematic oraz koncertowym Lebowski Plays Lebowski, które dotarły nawet do Ameryki Południowej czy Kanady, zespół zaszył się w studiu nagraniowym, by w spokoju pracować nad nowymi kompozycjami. Podobnie jak wcześniej, efekt ich prac sytuuje się gdzieś pomiędzy klasycznym rockiem progresywnym, rozbudowaną elektroniką a muzyką elektroniczną. Aby album brzmiał jeszcze bardziej eklektycznie, kwartet zaprosił do współpracy utalentowanych gości, w tym legendę światowego jazzu – trębacza Markusa Stockhausena. To właśnie z niemieckim instrumentalistą panowie nagrali promujący wydawnictwo singiel „Goodbye My Joy”. Utwór przez siedemnaście tygodni utrzymywał się na Liście Przebojów Programu Trzeciego.

Fotograficznie

Mimo tego, że za obiektywem pracuje profesjonalnie już kilkanaście lat, dopiero teraz Wiktor Franko wydaje swój debiutancki, drukowany album. Może to i dobrze – „VOL.1” ukazuje, jak dojrzałym i wszechstronnym fotografikiem jest pochodzący z Kielc artysta. Ma na koncie publikacje w angielskich, francuskich, amerykańskich czy chińskich wydawnictwach. Jego zdjęcia znalazły się na okładkach płyt polskich wykonawców takich jak Dikanda, TAU czy… Lebowski, portretował Darię Zawiałow oraz Anitę Lipnicką, ale równie dobrze sprawdza się w komercyjnych projektach. Wydana w eleganckiej formie książka dokumentuje dotychczasowe prace Wiktora, będąc swoistą podróżą uzupełnioną o muzyczne i literackie inspiracje. 17 listopada będzie można kupić jej egzemplarz z podpisem, ale także zobaczyć fotografie wydrukowane na większym formacie. 

Zapraszamy!

Dodatkowe informacje

  • Item Shortcode

    Premiera albumu Wiktora Franko

Premiera albumu Wiktora Franko

wtorek, 02 październik 2018 | Napisane przez |

Po kilkunastu latach aktywnej, artystycznej działalności nadszedł ten upragniony moment. Miło nam poinformować, że trwają intensywne prace nad wydaniem debiutanckiego, drukowanego albumu ze zdjęciami naszego podopiecznego, Wiktora Franko.

"VOL. 1" to podsumowanie dotychczasowego portfolio jednego z najzdolniejszych polskich fotografików. Znajdują się tam zarówno dobrze znane cykle, jak i niepublikowane jeszcze wcześniej fotografie czy polaroidy. Ponad sto zdjęć zostało posegregowanych według specjalnego klucza, w którym dużą rolę odgrywają inspiracje Wiktora - cytaty z literatury oraz muzyki.

Album został wydany w eleganckiej, introligatorskiej formie, która eksponuje artystyczny charakter prac. Wydawnictwo pojawi się w sprzedaży w limitowanej liczbie. Jego dystrybucja planowana jest w księgarniach artystycznych, na oficjalnej stronie artysty oraz podczas DIFA Art Party, które organizujemy już 17 listopada.

Dodatkowe informacje

  • Item Shortcode

    Julia Sawicka Project - Kolędy

Julia Sawicka Project - Kolędy

wtorek, 02 październik 2018 | Napisane przez |

Rodzime kolędy - tak często i gęsto brane na warsztat przez różnych artystów - raczej nie powinny już zaskoczyć. Niespodzianka może się jednak zdarzyć, gdy za przygotowanie ich nowej wersji weźmie się Julia Sawicka wraz ze swoim projektem. Na albumie znalazło się siedemnaście klasycznych melodii ("Mizerna cicha", "Lulajże Jezuniu", "Oj, maluśki, maluśki" czy "Jezus malusieńki"), które zostały przygotowane w co najmniej nietypowych aranżacjach. Znane Polakom z dzieciństwa piosenki nabrały jazzowej, folkowej albo country mocy, która doskonale współgra z charakterystycznym głosem wokalistki. Bogate instrumentarium (pianino, trąbka, saksofon, ale także lira, sitar albo akordeon) unaocznia zainteresowanie artystki dojrzałym i świadomym kompozytorstwem. 

Płyta wydana została w unikalnej, ręcznie robionej i zszywanej okładce z wytłoczonymi ornamentami i zapachem piernika. Forma rękodzieła artystycznego doskonale komponuje się z muzyczną zawartością tego wyjątkowego wydawnictwa. Autorem projektu jest poznański artysta Paweł Młodkowski.

Dodatkowe informacje

  • Item Shortcode

    Julia Sawicka Project - Fields of Soul

Julia Sawicka Project - Fields of Soul

wtorek, 02 październik 2018 | Napisane przez |

Bywa, że próby zmierzenia się z klasykami pokroju Stinga spełzają na niczym. A jednak Julii Sawickiej, jednej z bardziej utalentowanych rodzimych wokalistek, udało się zaprezentować kultowe utwory w nowej i zaskakującej aranżacji. Do tak sztandarowych piosenek jak "Mad About You" czy "Fields of Gold", ale i mniej znanych kompozycji słynnego Anglika artystka postanowiła podejść... na jazzowo. Piosenkarka zebrała na tę okazję wyjątkowy zespół, w skład którego wszedł niemiecki trębacz Hans Peter Salentin, saksofonista Tomasz Pruchnicki, pianista Krzysztof Dys czy perkusista Marcin Jahr. Powstała formacja wyłuskała z partytur jeszcze więcej subtelnej delikatności i szczerych emocji. 

Płyta "Fields of Soul", którą mieliśmy przyjemność wspierać finansowo, pojawiła się na sklepowych półkach jako eleganckie wydawnictwo. Krążek uzupełnia album niezwykłych aerofotografii autorstwa utalentowanego Pawła Młodkowskiego. Materiał został również zaprezentowany na żywo w niezwykłych przestrzeniach: krótka trasa koncertowa obejmowała Filharmonię Śląską, Filharmonię Poznańską czy Studio Polskiego Radia im. Agnieszki Osieckiej w Warszawie. Projekt został entuzjastycznie przyjęty przez odbiorców i dziennikarzy.

Dodatkowe informacje

  • Item Shortcode

    SKICKI-SKIUK - Chrarumimia

SKICKI-SKIUK - Chrarumimia

wtorek, 02 październik 2018 | Napisane przez |

Z dumą wspieramy debiutancką płytę młodego, obiecującego kwartetu jazzowego SKICKI-SKIUK. Jak sami opowiadają o sobie, nie są klasycznym zespołem, a wychodzącymi poza stereotyp jazzowymi pingwinami z Madagaskaru. Grupa ma na koncie liczne wyróżnienia na prestiżowych konkursach, jak choćby Grand Prix Konkursu na Indywidualność Jazzową 52. Festiwalu Jazz nad Odrą w 2016. To właśnie tam odkrył ich wybitny polski pianista, Leszek Możdżer, który wspierał artystów w drodze do nagrania pierwszego albumu, a następnie zaznaczył na nim swoją obecność w kawałku "Mr. O". 

Chrarumimia, bo tak swój materiał zatytułowali panowie, to osiem piosenek utrzymanych w duchu nowoczesnego, przełamującego ramy gatunkowe jazzu. W nierzadko improwizowanych utworach saksofon łączy się z gitarą, perkusją czy kontrabasem. Powstała całość brzmi świeżo, eklektycznie i udowadnia, że najpiękniejsze rzeczy w muzyce dzieją się poza obowązującymi schematami. 

 

Dodatkowe informacje

  • Item Shortcode

    Fundacja Wspierania Kultury

Lebowski Galactica

wtorek, 02 październik 2018 | Napisane przez |

Wielkimi krokami zbliża się premiera najnowszego, trzeciego albumu grupy Lebowski. Mamy przyjemność współfinansować stworzenie tego wydawnictwa i współkoordynować prace związane z jego powstawaniem. 

Na krążku znajdzie się dziewięć premierowych utworów, w tym znany z Listy Przebojów Programu Trzeciego Polskiego Radia Goodbye My Joy. Podobnie jak na wcześniejszych materiałach, formacja bez reszty zanurza się w obszarach rocka progresywnego, ilustracyjnej elektroniki i instrumentalnych improwizacji. Aby jeszcze mocniej zatracić się w tym klimacie, kwartet zaprosił do współpracy znakomitych gości, w tym legendę europejskiego jazzu, niemieckiego trębacza Markusa Stockhausena. 

Za okładkę wydawnictwa - charakterystyczne zdjęcie astronautki w hełmie - odpowiada Wiktor Franko, z którym również współpracujemy. To nie pierwszy raz, gdy nasi podopieczni łączą szyki - fotograf już wcześniej zajmował się warstwą wizualną wydawnictw Lebowskiego. 

 

Dodatkowe informacje

  • Item Shortcode

    DIFA Art Party

DIFA Art Party

sobota, 25 listopad 2017 | Napisane przez |

Cieszymy się, gdy raz na jakiś czas możemy spotkać się ze wszystkimi przyjaciółmi, którzy nas wspierają i zaprezentować im artystów, z którymi współpracujemy. Taka jest idea DIFA Art Party - cyklicznych, zamkniętych przyjęć, w których główną rolę gra dobra atmosfera, sztuka oraz muzyka. 

Pierwsza edycja wydarzenia odbyła się 25 listopada 2017 roku w urokliwych przestrzeniach poznańskiej Concordii Design. Impreza symbolicznie zainaugurowała działalność naszej fundacji. Za muzykę na żywo odpowiadał zespół Sneak a Peak. O DJ-ską stronę wieczoru zadbał Tomek Osses i DJ King of Disco, a goście mogli spróbować autorskiego menu szefa kuchni Concordii, Tomasza Olewskiego. Nasi przyjaciele i partnerzy mogli przy okazji zobaczyć wystawę fotografii Wiktora Franko.

 

 

© 2020 Fundacja Wspierania Kultury DIFA - KRS 0000680309